Co to znaczy przyjąć człowieka, którego posyła Bóg? Mam takie spostrzeżenie, że zwykle spotkanemu człowiekowi chcemy za wszelką cenę dać świadectwo. Czujemy się zobowiązani, by mówić o Chrystusie. Stajemy wtedy wobec ludzi w roli nauczyciela, mędrca, który - jeśli nie przemówi - to tamci może już nigdy nie usłyszą. Zastanawiam się, co by się stało, gdybyśmy częściej stawali w roli ucznia, słuchacza, który pragnie być ubogacony innością spotkanego, jego doświadczeniem i świadectwem. Może to jest klucz, dzięki któremu możemy stwierdzić, ile nam jeszcze do "Bożego ideału" brakuje?